To już koniec?

Z wielkim żalem czytam komunikat, że blogosfera Onetu znika. Ma to nastąpić 31 stycznia 2018 r. Jak dla mnie kończy się pewna epoka. Jak zawsze, gdy coś się kończy.

Przejście do Onetu było związane z zamykaniem blogosfery tygodnika Newsweek. Okazuje się, że było to przejście tymczasowe. Szkoda. Przyzwyczaiłem się do tego miejsca, było mi tu dobrze i cieszyłem się ze wzrastającej czytelności. Mało tego, właśnie tu założyłem drugiego bloga pn. Ameryka Indiańska.

Teraz przychodzi się żegnać, bo niestety, z nieznanych mi powodów Onet zamyka bloga.pl, a nawet nie podaje powodów takiej decyzji.

Nic to, czas wracać tam, skąd się wyszło. Na szczęście – coś mnie tykało wielokrotnie – nie zlikwidowałem Terytorium Komanczów na platformie Salon24, choć – jak każdy zorientowany w sprawie wie – to platforma zorientowana politycznie. Moje pisarstwo blogowe było na początku polityczne, więc taki wybór był oczywisty. Teraz, gdy polityka jest dla mnie jedynie obszarem do komentowania, a nie uprawiania (dlaczego „uprawia się politykę”???), polityczność Salonu24 może przeszkadzać, ale na szczęście jest tam całkiem dużo miejsca dla przemyśleń z polityką dosłownie nie związanych.

Jeśli zatem, drogi czytelniku, który tu kiedyś zbłądziłeś, i tu Ci się spodobało, zapraszam pod adres kmaczkowski.salon24.pl – tam pisuję nadal, choć przez ostatnich kilka tygodni zamilkłem. Wracam tam w styczniu 2018 r.

Serdecznie dziękuję i pozdrawiam – świątecznie i noworocznie.

Opublikowano Bez kategorii, Ekologia, Gospodarka, Historia, Indianie / Native Americans, Książkowo, Kultura, Na luzie, Polityka polska, Pop i sztuka, Sport, Społeczeństwo, Świat | Otagowano | Skomentuj

Klimatyczna czara goryczy

Nie jestem „wyznawcą kościoła klimatycznego”, więc felieton Roberta Gwiazdowskiego teoretycznie nie do mnie jest adresowany, jednak trudno zmilczeć dziwadła człowieka skądinąd inteligentnego, który na jedne głupoty odpowiada innymi głupotami.

Rzecz dotyczy komentarza profesora Gwiazdowskiego, który w „Rzeczpospolitej” (22 listopada 2017) poinformował, że ktoś gdzieś – podobno w The Independent – ogłosił (cytat za profesorem), że „być może coś tam grzeje lód na Antarktydzie od dołu”. Już sama wiara w to, że ktoś mógł co takiego powiedzieć na poważnie, zakrawa na .. żart.

Profesor jednocześnie zestawił w jednym rzędzie zestawił miłośników brukowców, płaskoziemian, antyszczepionkowców i zwolenników „kościoła klimatycznego” w jedno. Spoko, jego felietonistyczna fantazja. Jednak do grona miłośników „kościoła klimatycznego” wrzucił wszystkich tych, którzy człowiekowi przypisują znaczną rolę człowieka w gwałtownych zmianach klimatycznych – słusznie i niesłusznie – nie bacząc na to, jak jest naprawdę, nie uznając niuansów, jakie w światowej debacie na ten temat się pojawiają.

Nie chce się profesorowi dociekać, że są generalnie dwa punkty widzenia – jeden mówiący o tym, że mamy do czynienia z kilkudziesięcioprocentowym udziałem człowieka w zmianach klimatu (najbardziej kwestionowany i kontrowersyjny), ale i drugi – że człowiek tylko w 2 do 5 procentach ma w tym swój udział. Są to jednak decydujące procenty, które przeważają „klimatyczną czarę goryczy”.

Innymi słowy, natura – emitująca np. CO2 z wybuchów wulkanów, naturalnych emisji z innych miejsc – poradziłaby sobie sama ze zmianami klimatu, ale człowiek w tych umownych 5 procentach przekracza granicę samooczyszczenia planety. To by oznaczało, że człowiek ma jednak mocny udział w tym, że zmiany klimatu i zanieczyszczenie Ziemi postępują.

Osobiście jestem ostrożny wobec ekstremalnych opinii z jednej i drugiej strony – z wielką ostrożnością podchodzę do opinii, że „na pewno człowiek jest wszystkiemu winny” albo że „na pewno człowiek niczego złego nie robi” – ale nie wydaje mi się, by sensownym było kwestionowanie głosów „umiarkowanych naukowców”, którzy przestrzegają, że coś złego w klimacie na świecie się dzieje.

Sprawy klimatu stały się – jak wiele zagadnień – elementami sporów ideologicznych, przez co rozwija się, owszem, żywiołowa publicystyka, kpiarstwo i szydera, ale cierpi nauka i zdrowy rozsądek. I pokora.

Nie trzeba być znawcą tematu, by zorientować się, że takie anomalia jak silne wiatry, orkany i huragany, które przez ostatnie lata dewastują różne części Polski, to jednak pewna nowość; że zjawisko kiedyś nazwane „wodą stuletnią” pojawia się co dekadę; że ciepłe zimy i chłodne lata to także powód do myślenia co się dzieje w środowisku.

Zachęcam więc do większej pokory. Wszystkich, również profesora Gwiazdowskiego. I do miarkowania swoich szyderczych poglądów. Zapewniam, że pierwsza większa wichura lub większa powódź, która dotknie jednego czy drugiego szydercę – czego oczywiście nie życzę – potrafi zwiększyć pokorę…

Opublikowano Bez kategorii, Ekologia, Społeczeństwo | Otagowano , | Skomentuj

Smród polski

Niska emisja stała się poważnym problemem w całym kraju. Problemem przespanym przez polityków i samorządowców, którzy w tej sprawie w wielu wypadkach zachowują się jak politycy – nie chcą reagować nadmiernie aktywnie, by nie przesadzić i nie narazić się na przegrane wybory. Bo plastikami, lakierowanymi meblami i butelkami po starych olejach nie pali jakiś anonimowy truciciel, ale konkretny Władek, Kaziu, Jarek, Zdzisia i Gosia.

Każda taka osoba i ich rodziny i znajomi to konkretny głos w wyborach. To szansa na wygraną albo scenariusz na przegraną.

Tymczasem palenie odpadów w piecach domowych to ogromny problem nie tylko z obszaru ochrony środowiska, ale także – a może przede wszystkim – zdrowotny. Palenie w domowych piecach (przy relatywnie niskiej temperaturze, bez odpowiednich filtrów) powoduje emisję między innymi dioksyn i furanów, czyli tych najbardziej niebezpiecznych dla naszego zdrowia i życia.

Nie do końca przekonują mnie głosy, że to efekt „ubóstwa energetycznego”, bo palą nie tylko ubodzy, a również – i to w dużej mierze – ludzie majętni, mający swe firmy.

To efekt (dosłownie) śmierdzącego lenistwa i cwaniactwa – palę czym chcę, i co mi zrobisz? Nie ma co tłumaczyć skali skażenia powietrza ubóstwem, bo utrata zdrowia, śmierć ludzi z tego powodu ma też konkretny wymiar ekonomiczny. Lepiej zastosować mechanizm kompensacyjny dla tych o najniższych dochodach i wprowadzić takie rozwiązania, które pomogą im wymienić piec i stosować mniej emisyjne paliwo, bądź podłączyć się do miejskiego cieplika. A w każdym razie przestać palić jakimkolwiek gównem!

To też problem moralny, bo okazuje się, że (prawie) nikt odpowiedzialny za narodową moralność i religijność nie zauważa, że ktoś, kto truje siebie i sąsiadów występuje przeciwko Piątemu Przykazaniu Bożemu…

Skażone środowisko to wyższe koszty uzdatniania wody, eliminacji skażeń na polach uprawnych, problemy z utrzymaniem jakości plonów i produktów rolnych, które my wszyscy spożywamy. Lista zagrożeń jest, zapewniam, znacznie dłuższa…

Julian Tuwim swego czasu napisał „Kwiaty polskie”. Wyczekuję poety, który napisze „Smród polski”.

smród polski

Oto do czego prowadzi pobłażliwość dla cwaniactwa. Fot. Krzysztof Mączkowski

Opublikowano Bez kategorii, Ekologia, Społeczeństwo | Skomentuj

WYSPA ŻÓŁWIA

Ludzie są jak drzewa, a grupy ludzi jak lasy. Podczas, gdy lasy składają się z wielu różnych rodzajów drzew, drzewa te splatają swe korzenie tak mocno, że jest niemożliwe, nawet dla najsilniejszych wiatrów omiatających nasze Wyspy wyplenienie lasów. […] W ten sam sposób ludzie z naszych Wysp, składający się z członków narodów i ras z całego świata zaczynają splatać swe korzenie tak mocno, by żadne przeciwności nie zdołały ich pokonać, rozerwać…”. Tym Apelem Tradycyjnego Kręgu Indiańskiej Starszyzny i Młodzieży do wszystkich ludzi i kultur świata z 1989 r. witali się młodzi indianiści z Poznania w piśmie „Canku Luta” na początku lat 90.

Tamta młodzież porozchodziła się w różne strony, ale przywiązanie do idei, jakie niosą tubylcze przesłania pozostało aktualne. Poznańscy indianiści witają się w nowym piśmie poznańskich indianistów, pod nazwą  „WYSPA ŻÓŁWIA. Magazyn indianistyczny”. Zapraszają do wędrówki po szlaku indiańskich wierzeń, obyczajów, tradycji, kultur, codzienności, rękodzieła, historii, humoru, indiańskiej codzienności i marzeń.

XXI wiek, jego możliwości techniczne, wszechpotęga internetu dają możliwości docierania do wielu interesujących nas tematów i wiadomości. Jednocześnie, w wielu przypadkach, jest to wiedza powierzchowna i miałka, wiadomości są błahe, niekiedy kłamliwe, stereotypowe, po prostu złe.

Jako redakcja WYSPY ŻÓŁWIA stawiają sobie za cel wiarygodnego prezentowania bogatego świata kultur 500 Narodów z … Wyspy Żółwia, jak o kontynencie amerykańskim mówią sami Indianie. Nie uciekają przez nazywaniem Indian Indianami, wiedząc, że wiele organizacji i wspólnot tubylczych owo „Indian” ma wpisane w nazwy.

Chcą prezentować nie tylko to, co było ciekawe w historii, ale także to, co dzieje się u nich w tej chwili. Bo Indianie to nie tylko historia, ale i teraźniejszość. Tubylczy Amerykanie borykają się z takimi samymi zagrożeniami, jak ich biali sąsiedzi – alkoholizm, narkomania, degradacja ekonomiczna, niszczenie środowiska, kultur i tradycji. Wiele plemion prowadzi skuteczną walkę o plemienny samorząd, o ochronę świętych miejsc i prawo do swobody politycznej i religijnej.

Do współpracy zaprosili uznanych indianistów – antropologów, literatów, tłumaczy, historyków, językoznawców, aktywistów społecznych, znawców rękodzieła, muzyki i tańca, znawców amerykańskiej polityki – którzy od wielu lat prowadzą szeroką działalność popularyzowania kultur indiańskich w Polsce. Ale jednocześnie do współpracy zapraszają wszystkich zainteresowanych pisaniem w tym piśmie.

Chcemy pokazać poznańskie środowisko indianistów, ale także ich aktywność w ramach całego Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian i prezentować ich inicjatywy w Poznaniu, ale także aktywność poznańskich i wielkopolskich indianistów w Polsce.” – piszą w pierwszym numerze – „Chcemy, by magazyn WYSPA ŻÓŁWIA wychodził dwa razy w roku, na wiosnę i jesień. W każdym numerze będziemy chcieli prezentować inny fragment dziedzictwa kulturowego Indian„.

****

Redakcja magazynu „Wyspa Żółwia”: Joanna Wolińska, Cezary Cieślak, Waldemar Kuligowski, Dariusz Lipecki, Krzysztof Mączkowski (red.naczelny), Marek Nowocień, Dariusz Pohl, Włodek Rybicki

wyspa żółwia

Opublikowano Bez kategorii, Indianie / Native Americans, Kultura | Otagowano , , , | Skomentuj

Dennis Banks 1937 – 2017

Dennis Banks był Odżibwejem / Czipewejem (Chippewa / Anishinabe), choć poprzez zaangażowanie w Ruch Indian Amerykańskich (American Indian Movement – AIM) i przyjaźń z Russellem Meansem, był niekiedy kojarzony z Siuksami. Zmarł w ostatni weekend w wieku 80 lat. Kraj Indian poniósł wielką stratę.

Dennis Banks urodził się i wzrastał w rezerwacie Leech Lake w północnej Minnesocie (tam też zostanie pochowany), choć poprzez swoje publiczne zaangażowanie w sprawy Indian, można rzec, mieszkał w wielu miejscach Ameryki. To człowiek na całym świecie kojarzony z AIM, który współtworzył z indiańskimi kolegami z kilku plemion w 1968 w Minneapolis.

Był wówczas jednym z tzw. miejskich Indian, którzy zamieszkiwali wielkie miasta Stanów Zjednoczonych i którzy zetknęli się z wyzyskiem, rasizmem i agresją w stosunku do kolorowych, zabójstwami na tle rasowym, alkoholizmem, narkomanią. AIM powstawał więc jako ruch indiańskiej samoobrony. Dochodziło do tego, że bojownicy AIM tworzyli miejskie patrole i pilotowali ulice w obronie swoich indiańskich kumpli. Sam Banks, nie bez winy, też przeżywał trudny okres rozbojów, kradzieży. Trafił nawet na rok do więzienia.

Przełom lat 60. i 70. to dla Indian czas odrodzenia. W roku 1969 zaczęła się – trwająca do 1971 r. – głośna okupacja Alcatraz z zatoce San Francisco, gdy aktywiści ugrupowania „Indianie Ze Wszystkich Plemion” zajęli opustoszałe już wówczas więzienie na wyspie, ogłaszając postulaty odrodzenia indiańskiego samorządu, praw do swobody religijnej, wolności dla więźniów politycznych, zażądali stworzenia kontrolowanego przez Indian domu kultur pierwszych narodów. Okupacja zakończyła się fiaskiem.

Później „posypały się” głośne protesty w innych miejscach Ameryki. W 1972 r. przez Amerykę przemierzyła Karawana Złamanych Traktatów, podczas której Indianie jadąc przez całą Amerykę docierali do rezerwatów niosąc przesłanie nadziei. Głosili żądanie przestrzegania praw zapisanych w historycznych traktatach oraz nadania oficjalnych relacji z indiańskimi narodami. Ta kampania również się nie udała, bo mimo gwałtownych protestów i tygodniowej okupacji Biura ds. Indian, tubylczy aktywiści wrócili do domów praktycznie z niczym.

Ta porażka, zdaniem wielu komentatorów, stała się przyczyną głośnej okupacji osady Wounded Knee w Dakocie Południowej. W 1973 r. lakocka starszyzna z agencji Pine Ridge wezwała AIM na pomoc w walce ze skorumpowaną pół-indiańską władzą w rezerwacie, która przy wsparciu białej policji dopuszczała się zabójstw, gwałtów i rozbojów wobec indiańskiej ludności rezerwatu, kradła i oszukiwała tamtejszą społeczność. W miejscu ostatniej dużej masakry 300 Indian w 1890 r. doszło do 71-dniowej okupacji, podczas której Indianie ponownie – tym razem głosem silnego AIM – ogłosili postulaty odrodzenia społecznego, politycznego i religijnego Indian z całej Ameryce. Dzięki tej okupacji wielu Indian z miast zaczęło wracać do rezerwatów, chłonąc nauki starszyzny plemiennej, a przynajmniej znajdując w okresowych pobytach w swych rodzinnych stronach ukojenie od rasistowskiej rzeczywistości ówczesnej Ameryki. Indianie po raz pierwszy od końca XIX wieku stanęli na forum amerykańskiej polityki, choć głośno o nich było także na całym świecie.

Z kolei w 1978 r. przez całą Amerykę przemierzali uczestnicy Longest Walk / Najdłuższego Marszu, podczas którego ponownie indiańscy aktywiści domagali się cofnięcia antyindiańskiego ustawodawstwa. Tym razem się udało.

W indiańskiej Ameryce lat 70. spokojnie nie było jeszcze długo. Twarzą wielu tych kampanii był Dennis Banks, który – zdaniem jednego z publicystów New York Timesa – obok Russella Meansa, Johna Trudella czy Leonarda Peltiera, stał jednym z najbardziej rozpoznawalnych Indian w USA od czasów Siedzącego Byka i Szalonego Konia, autorów indiańskiego zwycięstwa nad zarozumiałym generałem Custerem nad Little Bighorn w 1876 r.

Na wielu zdjęciach paradował z bronią u boku, ubrany w charakterystyczne stroje Indian w tamtym okresie, kiedy łączyli nowoczesny jeansowy szyk z indiańskimi elementami – ozdobami, amuletami, do długich włosów przyczepiali pióra.

Dennis Banks, jako współzałożyciel AIM był uczestnikiem i inicjatorem wielu innych kampanii AIM w całym kraju Indian, co było przedmiotem wielu gorących debat, bowiem nie wszyscy akceptowali metody działania Ruchu. Sam Banks, na obronę swoich towarzyszy walki, mówił wielokrotnie, że to nie AIM był źródłem problemów, ale AIM pojawiał się wszędzie tam, gdzie problemy wywoływał kto inny.

W swej autobiografii „Ojibwa Warrior: Dennis Banks i Rise of the American Indian Movement” Banks mówił: „Byliśmy prorokami, posłańcami, nieśliśmy ogień„, a także: „Wounded Knee obudziło nie tylko sumienie wszystkich rdzennych Amerykanów, ale także białych Amerykanów w całym kraju„.

W latach indiańskiego odrodzenia Dennis Banks znów musiał uciekać i się ukrywać – tym razem z powodów politycznych. Ostatecznie na początku lat 80. poddał się i rozpoczął pracę w ośrodkach dla trudnej indiańskiej młodzieży wspomagając ich w walce z alkoholizmem i narkomanią.

Nie wiem, jaki moment zadecydował, że Dennis Banks porzucił idee walki zbrojnej na rzecz pokojowego zmagania się z przeciwnościami losu – może było doświadczenie gorącego okresu lat 70. i ponowne zetknięcie się z problemami współczesnych rezerwatów w latach 80.?

Dennis Banks zaczął wykładać na indiańskim college’u i Uniwersytecie D-Q, nazwanym od imion indiańskich bóstw z tradycji Irokezów i Azteków (Deganawidah-Quetzalcoatl Univercity), ale nie poprzestał swej aktywności publicznej.

Jednym z najbardziej znanych zaangażowań Dennisa Banksa – obok AIM – był Święty Bieg i kolejne edycje Longest Walk. W 1977 r. Krąg Starszyzny, złożony z przywódców duchowych, matek klanów i tradycyjnych wodzów indiańskich zaapelował o kultywowanie tradycji oraz uświadomienie ludzkości powinności szacunku dla Ziemi. Krąg Starszyzny wezwał do takiego kierowania wychowaniem młodych pokoleń, by żyły w harmonii ze środowiskiem, nie niszcząc swej przyszłości i życia Matki Ziemi. Indianie wezwali do zaniesienia tego przesłania do lokalnych społeczności na całym świecie. To właśnie Dennis Banks poniósł te idee w formie Świętego Biegu, który co roku odbywa się w innym miejscu świata.

Święty Bieg Na Rzecz Ziemi i Życia w 1990 r. przemierzał Europę, na trasie Londyn–Moskwa, i zawitał wówczas do Polski. To właśnie wtedy polscy indianiści mieli po raz pierwszy okazję do poznania indiańskiej filozofii ochrony Matki Ziemi i poznania indiańskich ceremonii. To właśnie wtedy narodziła się w Polsce idea „indiańskiego biegania”, która po wielu biegowych i marszowych przedsięwzięciach po latach zyskała formułę Biegu Na Rzecz Ziemi.

To właśnie wówczas Dennis Banks mówił: „Podstawą naszego zamiaru jest duchowość. Ona kieruje naszym życiem w każdej godzinie, każdego dnia, w każdym miesiącu i roku. Od początku czasów tubylczy Amerykanie wierzyli w zamknięty cykl życia na Ziemi. Ten cykl jest święty. Całe życie jest święte. Każdy gatunek – istota lidzka, ptak, drzewo, roślina, ryba, czy robak – jest święty. I święta jest Ziemia – Matka wszystkich istot.

Bieg koncentrować się będzie na Duchowości, modlitwie i pokoju. Wiąże się to z warunkami, w jakich żyjemy na Ziemi. Przez stulecia tubylczy Amerykanie wyrażali swe odczucia w rozmaity sposób. Bieganie jest jednym ze sposobów ekspresji. Każda mila, każdy kilometr, wypełnione są modlitwą za Matkę Ziemię.

Biegaliśmy przez najgorętsze pustynie świata i najmroźniejsze ziemie Północy. Biegaliśmy przez najwyższe góry naszych ziem, podczas burz, w dzień i w nocy. Każdy poranek rozpoczynamy modlitwami, a magię tych modlitw niesiemy ze sobą przez cały dzień, by wieczorem zakończyć go złożeniem podziękowań i ofiary z tytoniu. W ten duchowy sposób pragnęlibyśmy ponieść misję biegania przez Europę. Taka jest nasza misja. Chcemy ją wypełnić”.

Dennis Banks, w 30. rocznicę Longest Walk z 1978r. zorganizował tzw. Najdłuższy Marsz 2 z Alcatraz do Waszyngtonu. Właśnie wtedy kilkoro Polaków szło z Indianami, a Marek Nowocień, jako jedyny Europejczyk tę trasę przemierzył w całości. A w latach następnych odbywały się kolejne edycje Marszu.

Dennis Banks był wzorem dla wielu aktywistów praw człowieka i obrońców śroowiska. Był wszędzie tam, gdzie naruszano prawo Indian do swobodnego życia, gdzie dewastowano środowisko.

Ostatnim jego głośnym wystąpieniem była wizyta w Standing Rock w 2016, gdzie przedstawiciele ponad 300 plemion i organizacji indiańskich protestowali przeciwko szkodliwemu dla środowiska rurociągowi Dakota Access. To tam wypowiedział znaczące słowa: „Gdy ktoś zagraża środowisku, zagraża tobie…”.

I na koniec kilka refleksji osobistych… Z tą śmiercią szczególnie trudno mi się pogodzić. Dennis Banks był moim nauczycielem i nauczycielem moich nauczycieli. Spotkanie z Dennisem podczas Świętego Biegu w Polsce w 1990r. wywarło – jak się okazało – olbrzymi wpływ na moje życie. Gdyby nie Święty Bieg, gdyby nie tamto spotkanie, nie byłoby Biegu Na Rzecz Ziemi i całej tej mojej wrażliwości na sprawy Ziemi.

Dennis Banks, obok Russella Meansa, Johna Trudella, więzionego do dziś Leonarda Peltiera i innych „głośnych nazwisk” indiańskiej Ameryki, rozpalał w latach 1980. moją wyobraźnię kilkunastoletniego chłopaka o odrodzeniu indiańskim w dalekich Stanach, o American Indian Movement, o odradzającej się indiańskiej dumie.

Śmiem twierdzić, że Dennis organizując Święte Biegi i Najdłuższe Marsze, i zapraszając na te szlaki Polaków, miał największy wpływ na polskie inicjatywy duchowego biegania i maszerowania. Polscy indianiści zawdzięczają mu znacznie więcej niż zdają sobie z tego sprawę.

Z tego względu polska pamięć o Dennisie Banksie z dalekiego ludu Anishinabe nie powinna nikogo tu dziwić…

31banks-obit-1-master675

Liderzy AIM w 1973 r. Dennis Banks pośrodku na pierwszym planie, po lewej stronie Russel Means

Fot. UPI

Opublikowano Indianie / Native Americans | Otagowano , , | Skomentuj

Polska A i Polska A.

DSC_3037

W dawnych czasach, podczas dyskusji politycznych, zwykło się mówić o Polsce A i Polsce B, jako synonimach rozwoju, nowoczesności i miejskości (Polska A) oraz zacofania, biedy, peryferyjności (Polska B). Czasami próbowano kreślić granice między Polską A i Polską B podług granicy zaborów pruskiego i rosyjskiego. Współczesność nam nieźle wymieszała i dzisiejsza polityczne i publicystyczne podziały nie przebiegają już granicami terytorialnymi – choć niekiedy i takie próbuje się jeszcze narzucać – ale granicami mentalnymi, ideowymi i politycznymi.

Różnice między dawnymi a współczesnymi dyskusjami są takie, że choć nadal mamy dwie Polski, to żadna z nich nie jest już Polską B. Tak, mamy dwie Polski A. I każda jest przekonana o swojej wyjątkowości. Każda z niuch uważa się za lepszą, prawdziwszą, więc żadna z nich nie może być Polską B. Obie są więc Polskami A.

To oznacza, że Świnoujście, Poznań, Warszawa, Gdańsk, Kraków, Wrocław, Mazowsze, Wielkopolska, oba Pomorza, Tatry, Śniardwy, Jeziorak, Wawel i Hel tylko teoretycznie są w tej samej Polsce. To oznacza, że ludzie spod znaku PiS, PO, KOD, .N, Prawicy Razem, PSL, SLD, Razem, mówiący językiem polskim, wierzący w jednego Boga albo w tego samego Boga nie wierzący, tylko teoretycznie są członkami tej samej wspólnoty narodowej i tego samego społeczeństwa.

Polska A i Polska A to niewidzialne byty, wzajemnie ze sobą zantagonizowane, nienawidzące się ze sobą i odwołujące się do swoich pojęć, świętości, mediów i autorytetów. Obie Polski mają swoją wykładnię prawną na wszystko, każda z tych Polsk ma swoje autorytety, swoje idee, swoje pojęcie o świecie i swoje zapatrywania na wszystko.

Polska A i Polska A mają swoje media – jedna Gazetę Wyborczą, Tygodnik Powszechny, TVN, Tok FM, a druga wSieci, Polskie Radio, TVP, Nasz Dziennik, TV Trwam i Radio Maryja. Polska A potrafi zarzucić Polsce A, że broni TW Bolka, a ta odwzajemni się chętnie zarzutem o obronie TW Wolfganga. Polska A uważa, że ikoną Sierpnia’80 jest Lech Wałęsa, a Polska A w odpowiedzi powie, że owszem Lech, ale Kaczyński.

Są sytuacje, gdzie Polska A i Polska A zajmuje się tym samym tematem – np. Puszczą Białowieską. Przy czym Polska A chce jej ochrony, a Polska A przerobienia na deski.

Polska A i Polska A mają swoje kościoły – ta pierwsza „kościół toruński”, a ta druga „kościół łagiewnicki”, choć Polska A bez kościoła by się obyła. Obie Polski mają swoje zawołania – Polska A „Bóg, honor, ojczyzna”, a Polska A „wolność, równość, demokracja”.

Obie Polski mają swoje autorytety zagraniczne – Polska A, nie wiedzieć dlaczego, wielbi Donalda Trumpa, a Polska A Emanuela Macrona, też nie wiedzieć dlaczego, jakby Polsce A i Polsce A zabrakło autorytetów rodzimych (o, to może jedyna cecha wspólna).

Obie Polski mają swoje autorytety w kulturze – Polska A wielbi Czesława Miłosza, a Polska A – Wojciecha Wencla, jedna na sztandary wynosi Jacka Dehnela, a druga Wojciecha Cejrowskiego.

I niech nikogo nie zwiedzie podstęp, który pokazuje, że Polska A i Polska A mają wspólny hymn i te same barwy narodowe. To jakiś żart. Albo przeoczenie.

***

Gdyby poważniej rzecz rozpatrzyć, to mamy taką oto sytuację, że Polacy przestają być powoli jednym narodem, coraz mniej jednym społeczeństwem. Nie potrzeba nam mniejszości narodowych, skoro wygodnym wrogiem są „oni” – dla jednych Polaków inni Polacy.

Za ten stan rzeczy winę ponoszą nie tylko politycy, nie tylko także publicyści dorzucający swoje do pieca narodowych kłótni, ale także każdy z nas, który nie pójdzie na imieniny do cioci, bo będzie „Heniu z PO, albo „Kaziu z PiS”.

Nie ma dziś kanałów porozumienia w żadnej chyba ze spraw. Sytuacja jest o tyle zła, ale nawet podczas wojny wrogowie mają swoje grupy kontaktowe które pozwalały na prowadzenie poufnych ustaleń i wymianę jeńców. Polska A i Polska A nie potrzebuje żadnych ustaleń, skoro wie lepiej czego chce.

Wrogość między Polakami zaczyna wzrastać do absurdalnych rozmiarów. Nikt nikomu nie wierzy, nie chce podać ręki, bo nikt nie chce zostać oskarżonym o zdradę. Nie ma rozmów, dialogu, jest agresja i pyskówki.

Jest też coś gorszego: nikt nikogo nie rozumie. Każda ze stron ma swój kod językowy, kulturowy i ideowy. Przepaść między oboma obozami jest zatrważająca.

Jeśli przeciwnicy PiS oglądają TVP to nie po to, by zrozumieć intencje przeciwnej strony, ale po to, by obśmiać. To samo ze przeciwnikami PO i KODu – jeśli już oglądają TVN, to nie po to, by starać się zrozumieć, ale po to, by utrwalić swych stronników w przekonaniu, że „tamta strona’ to zdrajcy, sprzedawczyki i Targowica.

Jeśli komukolwiek po którejkolwiek stronie wojny polsko-polskiej przyszłoby do głowy, że może druga strona ma rację w jednej czy drugiej sprawie, to nie powie tego głośno, bo nic dobrego dla niego by to nie oznaczało.

To tak trochę, jak w Seksmisji – innego świata nie ma, po drugiej stronie nie ma żadnej cywilizacji.

Opublikowano Kultura, Polityka polska, Społeczeństwo | Otagowano , , | Skomentuj

Pocztówki ze Świnoujścia [7]: Sowieci! Sowieci!

Kazik w jednej ze swoich piosenek śpiewa; „Hej dziewczyno! Hej, niebogo! Jakieś wojsko idzie drogą! Schowaj pieniądze, schowaj zegarek! Kryj się, kryj! […] A ja myślałem, że to śmieci, że to gówno z nieba leci! A to Sowieci! Sowieci! Kryj się, kryj!”.

Zapewne wiele na temat Sowietów mogliby powiedzieć mieszkańcy Świnoujścia, którzy pamiętają czas ich pobytu, tę swoistą okupację. Nie była to klasyczna okupacja, gdzie są łapanki i rozstrzelania, ale jednak sowiecka obecność w Świnoujściu była zauważalna i finalnie odcisnęła się ogromnym piętnem na mieście.

Osobiście pamiętam, jak ¼ miasta była zajęta przez sowieckie wojsko, magazyny, żołnierskie rodziny. Sowieci na ulicach w charakterystycznych wielkich rondach wojskowych kepi. Sowiecka marynarka wojenna w porcie. Byli wszędzie. I był strach wymieszany z wyraźnym dyskomfortem, że w każdej chwili może dojść do rozróby. Tak to pamiętam z lat dzieciństwa i wczesnej młodości.

Ale miasto żyło. Mimo wszystko. Mam tę niesamowitą okazję pamiętać miasto z czasów sowieckiej obecności, pamiętam Świnoujście w trakcie przemiany już po wyjściu Sowietów, znam je obecnie, gdy mozolnie kryje ślady dawnej nieświetności i się rozwija.

A nie było łatwo. Te części miasta, które opuszczały wojska radzieckie wyglądały niezwykle ponuro. Dewastacja budynków przekraczała najśmielsze wyobrażenia! Zniszczone były nie tylko budynki, ale całe fragmenty miasta, zdewastowane forty, port. W sumie to ponad 20 kompleksów budynków – kompleksów garażowych, fortów, stacji radiowych, budynków wojskowych i mieszkaniowych, magazynów, budynków szpitalnych, basenów i budynków portowych, a nawet obiektów szkolnych i boisk.

Każdy, kto dzisiaj docenia piękno fortów i zachwyca się mariną jachtową, nie wie, że jeszcze do 1992 r. (a więc daty wyjścia wojsk z miasta) były to tereny … zamknięte! Nikt tam nie mógł chodzić z powodu obecności Sowietów, a i później były długo zamknięte z powodu przeogromnej dewastacji!

Kilka przykładów. Dzielnica mieszkaniowa leżąca w kwartale ulic Wojska Polskiego – Bałtycka – Moniuszki w dużej mierze była zajęta przez wojskowych i ich rodziny. Cechą charakterystyczną były wielkie okna zaklejane … gazetami (zamiast firan). Do dzisiaj ślady po wielkich oknach na budynkach mieszkalnych, wystarczy dobrze się przyjrzeć – dzisiaj wstawione są nowe, mniejsze okna, ale ślad zamurowywanej dziury widać niekiedy do dzisiaj.

Piękniejący z toku na rok Port Północny, obecna marina jachtowa, gdzie cumują jachty, motorówki, to dawne miejsce zajmowane przez sowiecką marynarkę wojenną, składnicę paliw, magazyny i siedzibę zabezpieczenia technicznego wojska radzieckiego. To właśnie tu miały stacjonować okręty z bronią atomową. „Cechą charakterystyczną” tego miejsca, już po odzyskaniu, było potworne zatrucie wody, złomowisko nieszczelnych beczek z paliwami i widowiskowo zatopiony holownik przy nabrzeżu.

Podobnie w Porcie Południowym, tzw. Mulniku: przerażająca dewastacja, bałagan, skażenie środowiska i kilkadziesiąt bomb, rozminowywanych pracowicie przez Wojsko Polskie.

Mało kto dziś wie, ale dzisiejsze obiekty Urzędu Miasta i domu kultury to dawna siedziba dowództwa wojsk radzieckich. Albo kto wie, że osiedle Platan to dawne sowieckie boisko sportowe? Albo, że na terenie dzisiejszego Fortu Anioła znajdowała się stacja radiolokacyjna Armii Czerwonej?

Tę wyliczankę można by prowadzić jeszcze długo. Wszystkie te obiekty rozrzucone po całym mieście, miały „cechę wspólną”: były potwornie zdewastowane. Wszystkie one wymagały gruntownych remontów lub przebudowy, choć niektóre z nich – jak np. magazyny przy marinie, niedaleko Fortu Anioła – ślady zniszczenia noszą do dziś.

Mały Krzyś widział to na własne oczy, wiele pamięta i widzi dziś z zapartym tchem, jak miasto zrzuca z siebie jarzmo sowieckich dewastacji. Na tym też pewnie polega fenomen Świnoujścia – potwornie zdewastowane odzyskało blask i wypiękniało.

Fort Anioła

Mało kto wie, że na terenie Fortu Anioła znajdowała się stacja radiolokacyjna Armii Czerwonej.

Fot. K.Mączkowski

Opublikowano Bez kategorii, Historia, Społeczeństwo | Otagowano , , , | Skomentuj

Od Adriana do Andrzeja, od prezydenta do zdrajcy

Andrzej Duda

Od słynnego prezydenckiego podwójnego weta minęło już trochę czasu i emocje nieco opadły, ale nauka na przyszłość z tego jest nazbyt czytelna. Nie ma, moim zdaniem, różnicy między krzykami „Adrian!” wykrzykiwanymi przez dzisiejszą opozycję, a tymi, które pojawiły się ze strony zawiedzionej prawicy. Jedni i drudzy zawierają w nim niezwykle mocny ładunek pogardy i lekceważenia.

Ze strony prawicy te obelgi brzmią mocniej i gorzej, bo wystarczyło kilka minut, by z „naszego Prezydenta” – pisanego z dużej litery – Andrzej Duda stał się „sprzedawczykiem”, „zdrajcą” i „Adrianem”.

Wystarczyło kilka minut, podczas których Andrzej Duda ogłaszał swą decyzje o dwóch wetach. Wystarczyło tych kilka minut, by ciśnienie wielu jego niedawnych wyborców i sympatyków, wynoszące go jeszcze chwilę temu do urzędu prezydenckiego RP zamieniło się w strumień pogardy i nienawiści.

Osobiście brzydzę się atakami na autorytet Prezydenta RP. I nieważne, czy dotyczyło to Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego Bronisława Komorowskiego, czy obecnie Andrzeja Dudy. Skoro jest tak, że na początku naszych przemian politycznych w 1989 r., zgodziliśmy się, że w polskiej demokracji pojawi się urząd prezydenta, to należy mu się szacunek. Koniec kropka. I bez względu na to, czy jeden z nich chorował na „chorobę filipińską”, a inny jest myśliwym.

Jasne, z wieloma decyzjami i poglądami prezydentów Polski się nie zgadzałem, dawałem temu wyraz w licznych artykułach i komentarzach politycznych, ale nigdy – jeśli mnie pamięć nie myli – nie przekroczyłem granicy, które byłoby wstydliwym dla mnie naruszeniem powagi Prezydenta RP.

Można źle oceniać polityka, ale autorytet Prezydenta RP musi być trwały. Zawsze i wszędzie. Wobec Prezydenta RP zwłaszcza. Z tego na przykład wynika mój pogląd, że nazewnictwo wszystkich innych urzędów i stanowisk obecnie nazywanych „prezydentem” powinno zostać zmienione. Dotyczy to na przykład prezydentów miast albo prezydentów izb gospodarczych. Uważam, że prezydenta Poznania, Gniezna, Warszawy, Gdańska czy Krakowa powinien zastąpić burmistrz Poznania, Gniezna, Warszawy, Gdańska i Krakowa, a prezydenta konfederacji pracodawców mógłby zastąpić prezes lub kanclerz. W niczym nie ujęłoby to powadze tych urzędów. Nazwa „prezydenta” winna zostać przypisana wyłącznie Urzędowi Prezydenta RP.

Obserwuję politykę nie bardziej niż wielu innych moich rodaków i doskonale widzę, jak prezydenta Dudę traktuje obóz opozycyjny i obóz rządzący – oba z pogardą. Nie szanowali go i Schetyna, i Kaczyński, i Petru, i Ziobro, i PiS, i KOD, i PO.

Ale jeśli prawicy rzeczywiście zależy na budowie autorytetu państwa i jego instytucji, to urząd prezydencki winni szanować szczególnie. Jeśli opozycji zależy na prawidłowo działającej demokracji, to winna szanować Prezydenta RP, jako gwaranta właściwych procedur demokratycznych.

Żenująco brzmią zarzuty o „zdradzie Dudy”, tak jak i równie żenująco brzmią okrzyki „umarł Adrian, narodził się Andrzej”. Każde z tych haseł wymierzonych literalnie wobec prezydenta RP, tak naprawdę wystawia złe świadectwo ich głosicielom.

Czym szybciej prawica i opozycja chcą naprawy państwa, a tak deklarują obie strony, tym szybciej powinni miarkować swą zła postawę wobec prezydenta Andrzeja Dudy. Wczoraj był Adrian, dziś jest Andrzej, ale nie ma pewności, że jutro na nowo nie pojawi się Adrian. Wczorajszy prezydent okazał się dziś zdrajcą, to kim będzie jutro?

W takich warunkach nie da się nawoływać do szacunku dla państwa. Nie bronię polityki Andrzeja Dudy, nie to było moim celem, ale bronię autorytetu Urzędu Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Wbrew politycznemu szaleństwu, jakie dokonuje się na naszych oczach.

Opublikowano Bez kategorii, Polityka polska, Społeczeństwo | Otagowano , , , , | Skomentuj

„Zabić drozda” – książka ponadczasowa

Każdy kogoś kiedyś nienawidził. I każdy kiedyś z nienawiścią się spotkał. I każdy na nienawiść miał swoją odpowiedź – jedni gwałtowny gniew, inni machali na nią ręką.

Gdyby jednym słowem opisać książkę Harper Lee „Zabić drozda”, to jest to książka o nienawiści właśnie. I o uprzedzeniach, które tę nienawiść rodzą. Książka opisuje każde stadium nienawiści, jej narodziny, kulminację, różne jej oblicza, jej konsekwencje i skutki. Ale pokazuje także, jak różni ludzie się przed nią bronią, jak jest to trudne, niekiedy beznadziejne i nie zawsze skuteczne. Opowiada też o nienawiści jako odpowiedzi na nienawiść.

Pokazuje, ile siły trzeba mieć, by móc chcieć ją powstrzymać. Nie jest to łatwe, bo nienawiść jest łatwa i lekka. Łatwa, bo nie wymaga myślenia – wystarczy plotka, pomówienie. Lekka, bo leci między ludźmi, nie zatrzymuje się, a w locie wzbogaca o nowe nienawistne wątki. Łatwo zaraża, powiększa się, ale nadal jest lekka.

Opór przed nienawiścią jest ciężki, duszny i potwornie trudny. Opór wymaga myślenia i argumentów, które nie zawsze wystarczają i przeważnie przegrywają. Opór przed nienawiścią przebija się mozolnie z wielkim trudem. I niekiedy ten opór podstępnie zamienia się w taką samą nienawiść.

„Zabić drozda” to książka o lekkiej nienawiści i o trudnej przed nią obronie. Pokazuje, że choć opór przed nienawiścią jest cholernie trudny, to przynosi więcej satysfakcji. Bo nienawiść, gdy już opadną emocje, zawsze przynosi wstyd. I zarzut stadności. A nikt nie lubi być nazywany baranem.

Książka Harper Lee została publikowana pierwotnie w 1960 r., a polskiej premiery doczekała się pięć temu. Ale jej treści są niezwykle ponadczasowe. Jest aktualna do dziś. A może przede wszystkim dziś.

 zabic-drozda-b-iext43853090

Harper Lee

Zabić drozda

REBIS 2012, 2015

Opublikowano Bez kategorii, Książkowo, Kultura | Otagowano , , | Skomentuj

KOD vs. „Solidarność. Awantura wokół Sierpnia’80

Komitet Obrony Demokracji tak bardzo uwierzył, że jest drugą „Solidarnością”, że wziął się za obchody Sierpnia’80, zarezerwował plac przy słynnej Bramie nr 2 i zaprosił nań … „Solidarność”.

Prowokacja się udała, bo o planowanej na 31 sierpnia manifestacji KOD pod Pomnikiem Grudnia’70 zrobiło się głośno, a samą „Solidarność’ KOD sprowokował do bardzo gniewnych reakcji. Na miejscu władz Związku popukałbym ostentacyjnie w głowę KODu i w krótkich słowach, bez specjalnego napinania się, przypomniałbym o tym, co takiego w Sierpniu’80 się wydarzyło, ale w świat pobiegły już słowa o „bezczelnej prowokacji”.

Nie bardzo wiadomo było po co to było KOD-owi: jeśli chciał rzeczywiście w spokoju obchodzić święto Sierpnia’80, do czego ma absolutne prawo, mógł to zrobić inaczej, bez takich teatralnych gestów. Jeśli miało to być święto jedności Polaków, to takimi gestami raczej się polaryzuje postawy i oceny niż jednoczy. Jeśli natomiast KOD chciał pokazać, że ich manifestacja jest „lepsza” i „bardziej wiarygodna”, to przesadził, bo Sierpnia’80 nie da się odebrać „Solidarności”, bez względu na oceny obecnych postaw Związku.

KOD zupełnie bezsensownie – jak wcześniej PO – zraża sobie Związek i stawia przeciwko sobie. To, że dziś „Solidarność” sympatyzuje z PiS nie wynika z jakiegoś nadzwyczajnego poparcia tej partii w Związku, a ze strachu przed antyzwiązkową i antysolidarnościową retoryką PO i ich ideowych sojuszników i ich grzechy wobec polskiej gospodarki i dumy narodowej.

Warto przypomnieć, że w „S” jest silne poparcie dla Kukiz’15, są też sympatycy KOD (a tak!), Partii Razem, pewnie i sympatycy PSL i PO by się znaleźli (jak np. Jan Rulewski). Jeśli mówić o dominującym nurcie w „S” to jest to (może: był) nurt pragmatyczny popierający sprawy i projekty, a nie dla partie. Skoro jednak PO w trakcie ostatniej kampanii wyborczej zapowiadała ograniczenie praw związkowych i agresywnie atakowała „Solidarność”, to spokojne i apartyjne masy związkowe w dużej mierze opowiedziały się za PiSem ze strachu przed walcem PO.

Dziś ten sam błąd robi Komitet Obrony Demokracji. Błąd podwójny. Po pierwsze: próbuje wmówić opinii publicznej, że „Solidarność” zdradziła i stała się związkowym ramieniem PiS, przez to niepotrzebnie antagonizuje się z „S” i jeszcze bardziej pcha „S” w ręce PiS; po drugie: w związku z tym KOD uważa się może za jedynego, a na pewno wiarygodniejszego depozytariusza ideałów Sierpnia’80.

Władze Związku, które niebezpiecznie zbliżają „S” do jednej partii (chwilowo nieważne jakiej, nie o to chodzi), zastaną kiedyś zmienione i wtedy zarzuty propisowości przestaną być aktualne. A co do bycia depozytariuszem Sierpnia’80 przez KOD: Sierpień’80 to dorobek wielu nurtów w polskiej tradycji ideowej, robotniczej i politycznej. I to dziedzictwo jest na tyle uniwersalne, że wiele nurtów ma prawo się doń odwoływać, ale nie na zasadzie wyłączności.

Nie ma wyłącznego prawa do Sierpnia’80 ani PiS, ani KOD, ani Kukiz’15, ani PO. Również dlatego, że ludzie działający przeciwko porozumieniom sierpniowym i samej „Solidarności” tworzą wszystkie wymienione stronnictwa polityczne. Nazwiska Mazguła i Piotrowicz to tylko najjaskrawsze przykłady.

1981-pomnik-b-m

Pomnik Poległych Stoczniowców w Gdańsku.

Fot. Wszechnica Solidarności

Opublikowano Bez kategorii, Polityka polska | Otagowano , , , , | Skomentuj